konkurs link

newsletter

  • 25.1.2021, Imieniny obchodzą: Tatiana, Paweł, Miłosz
 
 

W rodzinie siła – rozmowa z Mateuszem Ligockim, najlepszym polskim snowboardzistą

Mateusz Ligocki Mateusz Ligocki fot. z archiwum zawodniczki

Pochodzę ze sportowej rodziny, w której sport amatorski był wszechobecny. Ojciec zapalony narciarz, tenisista, mama też uzdolniona sportowo, m.in. tańczyła i śpiewała w zespołach ludowych, więc wygląda na to, że odziedziczyłem dobre geny. Tata pokazywał nam, co można robić, a my od razu łapaliśmy bakcyla – mówi Mateusz Ligocki, olimpijczyk, światowej klasy zawodnik w Snowboard Crossie, Ambasador Akcji społecznej „Bez kasku nie jadę!”.

Ewa Świerżewska: Wyczytałam w Wikipedii, że debiutowałeś na arenie międzynarodowej w 1997 roku, czyli w wieku 15 lat. A kiedy zacząłeś trenować?

Mateusz Ligocki: Zacząłem dokładnie 18 grudnia 1996 roku. Zapamiętałem tę datę dokładnie, bo 18, co prawda czerwca, a nie grudnia, obchodzę urodziny. I od razu mi się spodobało. Tak się złożyło, że 2 tygodnie po tym, jak pierwszy raz stanąłem na desce, wziąłem udział w zawodach snowboardowych. To był Puchar Polski Młodzików w Międzybrodziu Bialskim i, ku zaskoczeniu wszystkich, wykosiłem konkurencję i zwyciężyłem. Pierwszy start w zawodach i od razu podium, jako jedyny skoczyłem skok tyłem na Switch Stance. To sprawiło, że pomyślałem, że warto spróbować na poważnie się tym zająć. Rok później wystartowałem po raz pierwszy na arenie międzynarodowej, w zawodach FIS Race w Austrii, a w 1999 w Pucharze Świata.

EŚ: A dlaczego akurat snowboard?

ML: Pochodzę ze sportowej rodziny, w której sport amatorski był wszechobecny. Ojciec zapalony narciarz, tenisista, mama też uzdolniona sportowo, m.in. tańczyła i śpiewała w zespołach ludowych, więc wygląda na to, że odziedziczyłem dobre geny. Tata pokazywał nam, co można robić, a my od razu łapaliśmy bakcyla. Czy to łyżwy, czy judo, tenis, ping pong, gimnastyka – dość wszechstronnie. Natomiast przyjaciele naszej rodziny, z rodziny Jękotów, którą można uznać za prekursorów snowboardu w Polsce, dostrzegli we mnie potencjał i stwierdzili, że powinienem spróbować z tą dyscypliną. Skombinowali pierwszą deskę, buty, wiązania, zabrali mnie na pierwszy wyjazd w Alpy, no i tak to się zaczęło.

EŚ: Nie jesteś jedynym znanym Ligockim, związanym ze snowboardem. Geny miały więc także, jak sądzę, swój udział.

ML: Być może. Mój młodszy brat – Michał Ligocki, pseudonim Brelok, też jest wspaniałym zawodnikiem, dwukrotnym olimpijczykiem, brał udział razem ze mną w Igrzyskach w Turynie i w Vancouver. Teraz, podobnie jak ja, ma spełnioną kwalifikację na Igrzyska w Soczi na luty 2014. Zobaczymy. Mam nadzieję, że uda  nam się wystartować i godnie reprezentować nasz kraj, a  przede wszystkim zajmować jak najlepsze lokaty. Po to tam jedziemy. Jest też oczywiście nasza kuzynka: Paulina Ligocka – wspaniała zawodniczka, jedna z najlepszych sportsmenek sportów zimowych w Polsce. Ostatnio  miała trochę problemów natury formalnej, ale ja w nią wierzę. Wiem, że wróci i  nadal będzie zdobywała laury dla naszego kraju. Cała rodzina jest zaangażowana w sport -  nad naszym rozwojem czuwa starszy brat Łukasz, który pełni funkcję delegata technicznego i sędziego snowboardowego. Mój kuzyn Szczepan, brat Pauliny, prowadzi klub snowboardowy, a mój ojciec Tadeusz, jest naszym głównym managerem, kontroluje wszystko na bieżąco, podpowiada, radzi. Jest też wujek Władek, tata Pauliny i Szczepana, były trener kadry narodowej halfpipe w czasach, kiedy Polska odnosiła największe sukcesy w tej konkurencji. W rodzinie siła, tak bym to określił.

EŚ: Czy przed snowboardem jeździłeś na nartach?

ML: Tak, od czwartego roku życia.

EŚ: A jakie inne sporty jeszcze uprawiałeś, nim wsiadłeś na deskę?

ML: Ponieważ mój ojciec jest instruktorem narciarstwa alpejskiego, od czwartego roku życia jeżdżę na nartach. Trenowałem także tenisa ziemnego w klubie w Cieszynie, ale brakowało mi możliwości rozwoju. Jeśli chodzi o narciarstwo, to też byłem bardziej „zaawansowanym amatorem” niż wyczynowcem. Jako piętnastolatek wskoczyłem na deskę snowboardową. Już po kilku dniach treningu zwyciężyłem w zawodach i okazało się, że nie był to jednorazowy przypadek. Dziś cały świat jeździ na snowboardzie, jest to obecnie bardzo rozwinięta dyscyplina.

EŚ: W jakiej konkurencji snowboardowej występujesz?

ML: Startuję w konkurencji Snowboard Cross, którą porównać można do Motocrossu, czyli jazdy po terenie: dziurach, muldach, skoczniach, zakrętach, bandach. W zawodach Snowboard Crossowych, tych na najwyższym światowym poziomie, ścigamy się jednocześnie szóstkami, po torze.  Startujemy obok siebie, bramka otwiera się w ciągu 5 sekund po sygnale, ale nie wiadomo dokładnie, kiedy, więc trzeba wykazać się refleksem. Wówczas jak psy wyścigowe ruszamy do przodu, to naprawdę ekstremalna konkurencja.

EŚ: Najbardziej niebezpieczna ze snowboardowych?

ML: Snowboard w ogóle jest  ekstremalną dyscypliną. W tym sporcie nie wszystko zależy tylko od nas. Na trasie jedzie z tobą pięciu zawodników, nie wiadomo, jak się zachowają, natrafiając na przeszkody. Czasem robi się niebezpiecznie, zdarzają się kontuzje... jednocześnie jednak snowboard jest wspaniałym, wciągającym sportem, moją prawdziwą pasją.

EŚ: Kiedy przyszedł pomysł, żeby na poważnie tym się zająć, że nie jest to tylko taka młodzieńcza zabawa?

ML: Snowboard powszechnie kojarzony jest z zabawą. Ja  natomiast mam raczej podejście sportowe,  kocham rywalizację. Chcę  brać udział w najważniejszych zawodach, zajmować najwyższe lokaty, mam jasno wytyczone cele i trenuję sumiennie. Snowboard nie jest zresztą tylko sportem - to styl życia, który wiąże się np. ze słuchaniem określonej muzyki -  hip hopu, albo rocka, chociaż ja akurat słucham wszystkiego. Kiedy nastąpił dla mnie moment przełomowy? Wszystko potoczyło się naturalnym rytmem. Nigdy nie trzeba było gonić mnie do treningu. Nie był to dla mnie tylko obowiązek, ale i przyjemność – do dziś zdarza się, że po treningu na desce dalej jeżdżę ze znajomymi dla przyjemności. Mam szczęście, bo łączę przyjemne z pożytecznym, pasję z zawodem.

EŚ: Wspomniałeś już, że masz wsparcie ze strony rodziny, ale na czym ono dokładnie polega?

ML: Ogromne wsparcie, zawsze podtrzymują mnie na duchu. Czasem coś nie wychodzi, nie zawsze przecież się wygrywa. Presja wyniku rośnie z kolejnymi sukcesami, ale rodzina stoi za mną murem. Wiem, że nawet jeśli nie wygram, nic się nie stanie, oni nadal  będą mnie kochać. Zawsze daję z siebie wszystko i najbliżsi to widzą, ale wynik jest wypadkową wielu czynników. Nie można się załamywać. Rodzina jest dla mnie podporą. Z silną rodziną wszystko jest możliwe, ze wszystkim można sobie poradzić.

EŚ: Wielu rodziców marzy, by ich dzieci zostały sportowcami, najlepiej sławnymi. Powiedz, jak z perspektywy czasu wygląda łączenie życia szkolnego, towarzyskiego z treningiem, poświęcaniem się dla sportu?

ML: Myślę, że sport  jest najlepszym sposobem na wychowywanie dzieci. Dzięki temu  mają zajęcie i nie przychodzą im głupoty do głowy. I oby tego sportu było jak najwięcej od jak najmłodszych lat. Nie powinno się też, jak sądzę, ukierunkowywać dziecka w stronę konkretnej dyscypliny, ale zapewnić mu różne możliwości, chyba że wykazuje wyraźne predyspozycje do pewnych sportów i chce je uprawiać. Bardzo trudno jest jednak osiągnąć poziom zawodowca, odnosić prawdziwe sukcesy, które sprawią, że sport będzie sposobem na życie, zapewni nam niezależność finansową. Dlatego moim zdaniem sport należy traktować przede wszystkim jako narzędzie wychowania dziecka, dzięki któremu wyrośnie na dobrego, godnego człowieka, który potrafi sobie radzić w życiu z różnymi trudnościami.

EŚ: Jak godziłeś trening  z życiem osobistym na etapie liceum?

ML: Na sali treningowej miałem towarzystwo. Uprawiając judo, grając w tenisa, spotykałem się z kolegami i koleżankami. Nie chodziłem specjalnie po dyskotekach, barach czy knajpach, bo prawdziwą przyjemność sprawiały mi  treningi i podnoszenie własnych kwalifikacji. Chodziłem do klasy sportowej, często jeździliśmy na zgrupowania i obozy.

EŚ: Jak się czułeś, trafiając jako bardzo młody człowiek do grona najlepszych zawodników? Czy wzrasta motywacja czy raczej rodzi się frustracja?

ML: Przez okres dorastania przeszedłem bardzo płynnie. Oczywiście o wiele łatwiej jest wygrywać regularnie w kategorii juniorów i młodzików. W kategorii seniorów natomiast spotykają zawodnicy w różnym wieku, tacy, którzy dopiero do niej trafili i tacy którzy w niej startują od pięciu- dziesięciu lat. Wygrywanie w takiej grupie stanowi ogromną motywację, ale trzeba się liczyć z tym, że nie można zawsze być pierwszym. Ale to też jest fajne, jest się wśród najlepszych z najlepszych i nie wolno się poddawać. Kocham rywalizację i pewnie dlatego nadal startuję i, jak sądzę, będę jeszcze startował przez kilka ładnych lat.

EŚ: Jak długo?

ML: Wszystko zależy od motywacji, stanu zdrowia i określenia sobie kolejnych celów. Najprawdopodobniej za 9 lat w Polsce odbędą się zimowe Igrzyska Olimpijskie Kraków 2022. Ktoś może powiedzieć, że nie mam szans, bo będę wówczas trzydziestodziewięcioletnim facetem. Ale w Snowboard Crossie najstarszy startujący obecnie zawodnik, Amerykanin Shaun Palmer, ma czterdzieści pięć lat. Więc wszystko jest możliwe. W innych konkurencjach, np w halfpipe i freestyle’u  obciążenia dla organizmu są większe, częściej zdarzają się kontuzje, więc okres najlepszej formy jest znacznie krótszy, natomiast Snowboard Cross można uprawiać długo.

EŚ: A jak wygląda sytuacja polskich sportowców. Czy to obraz, który motywuje dzieci i młodzież do ciężkich treningów i dążenia, by być najlepszym?

ML: Uważam, że generalnie system polskiego sportu jest nienajlepiej skonstruowany. Mnie się udało, ale ten system nastawiony jest przede wszystkim na wyniki juniorów. Każdy zdolny, rokujący sportowiec chce po szkole średniej iść na studia. Na swojej drodze spotkałem wielu wybitnych sportowców z różnych dyscyplin i wszyscy, idąc na studia, mieli ten sam problem - za co się utrzymać? Ciężko jest się utrzymać ze sportu. Kryteria Ministerstwa Sportu są bardzo wyśrubowane, więc bardzo trudno jest zdobyć stypendium. Decyzja o tym, by pozostać w sporcie jest niełatwa, szanse na godziwe zarobki w większości dyscyplin sportowych, nawet po dotarciu na sam szczyt, niepewne. Nasi polscy sportowcy wybierają po prostu pewniejszą przyszłość, czyli skończenie studiów i normalną pracę. Moim zdaniem wynagrodzenie odgrywa dużą rolę w motywowaniu zawodnika. Musi on mieć wyraźne cele i je osiągać. Sama rywalizacja nie wystarczy, bo nawet najlepsi też muszą coś do garnka włożyć. W polskim sporcie jest coraz mniej pieniędzy. Członkowie kadry narodowej bardzo często nie otrzymują stypendiów, które są niezbędne, by rozwijać się w sporcie. Jeśli chcemy promować Polskę za granicą, chcemy, by w ogóle o niej mówiono, najlepiej w kontekście zwycięstw i medali, musimy inwestować w sport, by we współzawodnictwie międzynarodowym reprezentowała nas jak największa liczba sportowców. Należy nie tylko wprowadzić zawodnika na wysoki, światowy poziom, ale zapewnić mu warunki, by się na tym poziomie utrzymał. U nas tymczasem bardzo smutny i głośny był przypadek sprzed kilku lat medalistki olimpijskiej w podnoszeniu ciężarów, która po zakończeniu kariery na Igrzyskach wylądowała w Londynie, na tak zwanym zmywaku. Mobilizujemy się, by zorganizować Igrzyska w Polsce, a ja boję się o liczbę polskich reprezentantów, którzy mieliby wziąć w nich udział. Może się zdarzyć, że reprezentować nas będzie niewielka garstka zapaleńców, którzy pochodzą ze zwariowanych na punkcie sportu rodzin, albo startują w dyscyplinach sportowych, gdzie system jest dobrze zorganizowany – przykładem niech będą choćby skoki narciarskie, gdzie nagradzana jest pierwsza trzydziestka każdych zawodów Pucharu Świata. Aktualnie Polska może też liczyć na tak zwane samorodki, perełki lub – jak to woli - fenomeny genetyczne, które dzięki ciężkiej pracy i dobremu sztabowi trenerskiemu mają szansę odnieść sukcesy. Problem jest złożony. W wielu dyscyplinach sportowych w naszym kraju nawet najlepsi z najlepszych, nie mówiąc o tych, którzy są tuż za nimi, mają często problem spokojnego wiązania końca z końcem. Tak na pewno nie powinno być. To oni są bowiem naszymi wizytówkami, ambasadorami naszego kraju.

EŚ: Jak wygląda codzienne życie zawodnika snowboardowego w zimie, w sezonie startowym? Kiedy zaczyna się sezon?

ML: Aby być dobrym sportowcem, trzeba sport traktować jako powołanie, myśleć o nim dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu i trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Inaczej się nie da. Ja każdą wolną chwilę staram się spędzać z myślą, by być po prostu lepszym. Wszystko trzeba jednak robić z głową.

Sezon nadal trwa (kwiecień, przypis redakcji). Pod koniec kwietnia wybieram się na duże zawody do Finlandii (Mateusz zajął na nich dobre, 5. miejsce – przypis redakcji), na weekend majowy w Alpy Austriackie. Już myślę o kolejnym sezonie, który zaczyna się w sierpniu od Pucharu Świata w Nowej Zelandii, potem są zawody w Argentynie itd. Dziewiętnastego stycznia 2014 roku zamyka się lista kwalifikacyjna na Igrzyska, ale dzięki zwycięstwu w Pucharach Świata w poprzednim sezonie mam znaczą przewagę punktową i zapewniony udział w Igrzyskach. Do Soczi jedzie czterdziestu najlepszych w Snowboard Crossie. W tej chwili jestem na czternastym miejscu, więc teoretycznie mógłbym już odłożyć deskę  i zrezygnować z kolejnych startów w Pucharach Świata, ale muszę dbać o formę. W czerwcu i lipcu mamy zgrupowanie we Francji.

EŚ: Ale trening na stoku to nie wszystko, prawda?

ML: W mojej konkurencji niesamowicie ważne jest tzw. wszechstronne wytrenowanie, czyli ogólnorozwojówka. Mnie nigdy nie trzeba było do sportu gonić siłą. Bardzo często gram w tenisa, w squasha, jeżdżę na motocyklu Enduro, co tak naprawdę jest najlepszym treningiem, jeśli chodzi o równowagę, koordynację ruchową, szybkie podejmowanie decyzji czy zmianę tempa. Od czasu do czasu chodzę na siłownię, ale raczej rzadko, częściej za to biegam w parku czy jeżdżę na rowerze górskim. Jakiś czas temu odkryłem golfa, czyli aktywność sportową, która sprawia mi przyjemność, przy której również czynnie wypoczywam, wyciszam się, gdzie niesamowicie istotną rolę odgrywa psychika, precyzyjna kontrola własnego ciała. Nietrudno przecież o  przetrenowanie, kontuzja to dla sportowca dramat. Każdy zawodnik na wysokim poziomie chciałby, aby jego kariera trwała jak najdłużej.

EŚ: Nikogo nie dziwi, że jednym z elementów wyposażenia zawodnika jest kask. Dlaczego więc nie wszyscy rodzice rozumieją, że zabierając dziecko na stok, powinni założyć mu kask na głowę?

ML: Oczywiście chciałbym, żeby rodzice byli bardziej świadomi zagrożeń i dbali o najcenniejszy dar w życiu, swoje dzieci. Ja bez kasku nigdy nie jeżdżę. Kask wielokrotnie ratował mi zdrowie, może nawet życie. Gorąco zachęcam wszystkich rodziców do zakupu kasku, zresztą teraz jest ogromny wybór, produkowane są także specjalne nakładki, żeby dzieciaki śmieszniej wyglądały. To świetny pomysł, dzieciaki wolą jeździć w fajnych kaskach niż w czapkach. Myślę, że to idzie w dobrym kierunku. Cieszę się, że wprowadzono przepis, nakazujący obowiązek noszenia kasku.

EŚ: Dlaczego zdecydowałeś się wesprzeć naszą Akcję „Bez kasku nie jadę”?

ML: Od jakiegoś czasu angażuję się w różne inicjatywy społeczne, których celem jest upowszechnianie sportu. Jestem m.in. Ambasadorem Sportu w Fundacji im. Feliksa Stamma, która wspiera młode talenty olimpijskie. Działam też w Komisji Polskiego Komitetu Olimpijskiego, jak i reprezentuję interesy snowboardzistów w Międzynarodowej Federacji FIS. Staram się nie myśleć tylko o sobie, ale też o innych, żeby mieli lepsze perspektywy, szanse na rozwój i odnoszenie sukcesów.

A organizowana przez portal SportowaRodzina.pl akcja „Bez kasku nie jadę” jest zgodna z moim przekonaniami, pożyteczna, wnosi wiele dobrego dla społeczeństwa – dlatego zdecydowałem się zostać jej Ambasadorem.

EŚ: Za co raz jeszcze dziękuję!

Z Mateuszem Ligockim rozmawiała Ewa Świerżewska.


Mateusz Ligocki

Mateusz Ligocki swoją przygodę ze snowboardem rozpoczął w 1996r. od freestyle`u. Debiutował w Pucharze Świata: 11 marca 1999r. Olang/ITA. Od 2007r. skoncentrowany i specjalizujący się w szybkościowych i extremalnych wyścigach na torze z przeszkodami – konkurencji Olimpijskiej – SNOWBOARDCROSS (SBX).

Jest jedynym przedstawicielem polskiego snowboardu, który miał zaszczyt rywalizować w największych i najbardziej prestiżowych zawodach sportów akcji na świecie: WINTER X-GAMES (Aspen/Colorado/USA – 2008, 2011, 2012). Poza tym:
•    6-ciokrotnie stawał na podium snowboardowego Pucharu Świata (1 zwycięstwo).
•    Najwyższą w karierze lokatę (3cią!) na światowej liście rankingowej FIS POINTS LIST w konkurencji Olimpijskiej – SNOWBOARDCROSS (SBX) – utrzymywał NIEPRZERWANIE przez bardzo długi okres – 403 dni!
•    2-krotny Mistrz Świata Juniorów i 2-krotny brązowy medalista Mistrzostw Świata Juniorów.
•    8-krotny zwycięzca zawodów Pucharu Europy (HP, SBX), w tym zwycięzca Generalnej Klasyfikacji sezonu 2006 konkurencji SBX. (2gie miejsce w generalce P.E. SBX w 2005r)
•    Tytuł Snowboardowego Mistrza Polski w latach 1997-2011 zdobył blisko 30 razy. (SBX, HP, BA, PSL, PGS, GS, KOMBINACJA w kategoriach zarówno SENIOR jak i JUNIOR.
•    Mistrz Świata Juniorów Boardercross (BX) – 2000r Les Menuires (FRA) – International Snowboard Federation (ISF)
•    Mistrz Świata Juniorów Overall (OV) – 2000r Les Menuires (FRA) – International Snowboard Federation (ISF
•    Brązowy Medalista Mistrzostwa Świata Juniorów Overall (OV) – 1999r. – Telluride/CO/USA
•    Brązowy Medalista Mistrzostwa Świata Juniorów Overall (OV) – 2001r. – Sappada/ITA

Wraz z reprezentantką Nowej Zealandii – Juliane Bray – od 2009 r. jest przedstawicielem światowego snowboardu w 12 osobowej Międzynarodowej Komisji Zawodniczej FIS. (FIS Athlete`s commision). Jest również członkiem Komisji Zawodniczej w Polskim Komitecie Olimpijskim.

Opublikowano w: Sporty zimowe

Czytaj także

Przedszkola narciarskie - na czym polega ich sukces?

Od kilku lat w ofercie większości znanych klubów narciarskich znaleźć można tak zwane przedszkola narciarskie. Powstało też wiele klubów specjalizujących się tylko w tym rodzaju wyjazdów. Postanowiliśmy zbadać, na czym dokładnie polega ta formuła i czemu zawdzięcza swój sukces.

Narciarstwo - cechy treningu kondycyjnego

Przed zbliżającym się sezonem narciarskim warto zwrócić uwagę na kilka istotnych kwestii związanych z odpowiednim przygotowaniem się do sezonu zimowego. Ważne jest, aby już w tym momencie zadbać o dobrą kondycję fizyczną poprzez odpowiedni trening kondycyjny. 

Czas na narty - jak przygotować organizm dziecka do sezonu?

Zwykle dzieci przygotowujemy do sportów zimowych cały rok, ale najintensywniej, kiedy już wiemy, że wyjazd tuż tuż. Przygotowując się do jazdy na nartach, snowboardzie, a nawet na zwykłych sankach, warto pamiętać również o sobie. Przecież to właśnie rodzice będą dodatkowo obciążeni sprzętem, a żeby zjechać, trzeba zabrać narty, buty itd., przynajmniej do dolnej stacji wyciągu…

Narty biegowe - jakie wybrać?

Zaraz koniec zimy, ale być może będziemy mieli szczęście i trafi nam się jeszcze jakiś zimowy weekend. Kto nie był na biegówkach niech koniecznie spróbuje. To fantastyczny sposób na spędzanie zimy w mieście.

Na biegówki z najmłodszymi dziećmi

Justyna Kowalczyk podczas treningów ciągnie za sobą oponę. Narciarze-rodzice, by ćwiczyć formę, nie potrzebują teraz takich drastycznych rozwiązań. Wystarczy, że pociągną własne dzieci w przyczepce z płozami, a może któreś z nich zachęcone ich przykładem, pójdzie w ślady naszej mistrzyni?

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

UWAGA! Ten serwis używa plików cookies i podobnych technologii. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na to. Więcej informacji o plikach cookies w dziale Regulamin.