konkurs link

newsletter

  • 17.2.2020, Imieniny obchodzą: Zbigniew, Julian, Łukasz
 
 

4 rowery, 3 dni, 141 kilometrów – rodzinna wyprawa w okolicach Warszawy

Początek wyprawy na Moście Siekierkowskim Początek wyprawy na Moście Siekierkowskim fot. Łukasz Świerżewski

Od kilku lat wyczekiwaliśmy chwili, gdy znów wrzucimy sakwy na bagażniki i ruszymy w drogę. Nim na świecie pojawiły się dzieci, odbyliśmy dwie dziesięciodniowe wyprawy rowerowe – po Gotlandii i Wyspach Allandzkich, podczas każdej pokonując ponad 700 km.

I choć z dziećmi nie próżnowaliśmy rowerowo, najpierw wożąc starszą córkę w foteliku, później obie w przyczepce (kiedy jeszcze widok pojazdu ciągniętego przez rower budził nie lada zainteresowanie), a następnie z obiema przemierzając Warszawę, Danię i Szwecję na własnych rowerach (trasy do 50 km dziennie, zawsze wracając do miejsca,  którego wyruszaliśmy), marzył się nam wspólny kilkudniowy wypad – od początku do końca na rowerach. Na początku lata 2012 roku podjęliśmy próbę, która miała potwierdzić, że dziewczynki (lat 8 i niecałe 6) są już gotowe. Całodniowa wyprawa z Wilanowa do Czerska i z powrotem (66 km) była testem, który obie zdały na szóstkę z plusem. Nie pozostało nam więc nic innego, jak zaplanować kilkudniowy wypad i zrealizować go w najbliższym nadarzającym się terminie. Długi sierpniowy weekend świetnie się do tego nadawał.

Zaopatrzyliśmy się w dwa komplety sakw – jedne pełnowymiarowe, na dorosły rower, drugie mniejsze, dla starszej córki. Ja ograniczyłam się do torby na kierownicę – w której, wbrew pozorom bardzo dużo się mieści, a młodsza córka – do koszyczka. Z mapą Mazowieckiego Parku Krajobrazowego zasiedliśmy do wyznaczania dokładnej trasy. Start z Wilanowa, dwa noclegi w Świdrze i powrót do Wilanowa, przez Górę Kalwarię. Wybrana przez nas trasa wiodła głównie oznaczonymi szlakami, choć zdarzały się miejsca, gdzie na własne życzenie z nich zbaczaliśmy (głównie ze względu na bardzo piaszczyste fragmenty, uniemożliwiające jazdę).

W czasie tych trzech dni planowaliśmy odwiedzić kilka miejsc związanych z dzieciństwem (ale nie tylko) dziadka naszych dzieci. Można by więc rzec, że zapowiadała się podróż krajoznawczo-sentymentalna.

Dzień 1
Warszawa – Świder (ok. 48 km)

Wczesnym rankiem wszystko było gotowe. Rzeczy zapakowane do sakw, prowiant i aparat fotograficzny w torbie na kierownicy, kurtki przeciwdeszczowe „pod ręką”. Jeszcze ostatnie dopompowanie kół, wyzerowanie liczników przy dziecięcych rowerach (tak, w naszej rodzinie pomiar prowadzą córki), kaski na głowy i można ruszać w drogę. Pierwszy cel – Most Siekierkowski, znany nam dobrze z wycieczek po mieście. Później Wawer, Anin, gdzie po raz pierwszy, przez przypadek zdarzyło się nam lekko zboczyć z trasy tuż przed wjazdem do Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Tak naprawdę dopiero za granicą Parku poczuliśmy na dobre, że zaczęła się wycieczka, gdyż wcześniej poruszaliśmy się głównie miejskimi ulicami i chodnikami.

Teraz rozciągał się przed nami las, przez który wiódł niebieski szlak rowerowy, oznaczony raz mniej, innym razem bardziej wyraźnie na mijanych drzewach. Zazwyczaj dość twarde ścieżki przechodziły od czasu do czasu w piaszczyste, co szczególnie podczas niewielkich podjazdów zmuszało młodszą część naszej ekipy do zejścia z rowerów i pchania ich (tutaj pewnym utrudnieniem na początku były sakwy przy rowerze starszej córki, ale po kilku próbach wiedziała już, że zmieniło się położenie punktu ciężkości pojazdu i musi nieco inaczej nim sterować).
 

Wyprawa rowerowa


Przejazd przez las był wymagający. Trasa prowadziła raz w górę, raz w dół… Na wysokości Miedzeszyna zboczyliśmy na zielony szlak, skracając sobie nieco drogę. W pewnym momencie, w pobliżu Góry Lotników, szlak zaczął zanikać. Próbowaliśmy zasięgnąć języka u napotkanego grzybiarza, ale tłumaczył tak zawile, że postanowiliśmy zdać się na własne wyczucie i po jakimś czasie dotarliśmy do Góry Lotników, której nazwa pochodzi z czasów II wojny światowej. To tutaj rozbił się „Liberator” KG 939 „A-Able” z 31 Dywizjonu Bombowego Sił Powietrznych Południowej Afryki (SAAF), lecący z Włoch, żeby dostarczyć Powstańcom broń, lekarstwa, amunicję i żywność w ramach niesienia pomocy Powstaniu Warszawskiemu. W miejscu katastrofy stoi pomnik w kształcie śmigła.

Jadąc dalej, przecięliśmy dość ruchliwą drogę nr 721 (z bardzo wąskim poboczem), łączącą Józefów z Wiązowną i dojechaliśmy do mostu na rzece Świder. Na szczęście, mimo że minęliśmy znak informujący o zamknięciu mostu, udało się nam przedostać na drugą stronę. Po kilkunastu minutach dotarliśmy do miejsca, w którym zarezerwowaliśmy pokój (ul. Majowa w Świdrze).

Po rozpakowaniu sakw i krótkim odpoczynku, znów wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy do centrum Świdra, by coś zjeść. Wielkiego wyboru nie było, ale na szczęście znaleźliśmy Dominos Pizza.

Dzień drugi (ok. 42 km)
Świder – Otwock – Karczew – Świder


Na drugi dzień naszej wyprawy zaplanowaliśmy rundę po okolicy Otwockim Szlakiem Okrężnym. Wyruszyliśmy w stronę Otwocka, by zobaczyć słynne Świdermajery, drewniane domy wybudowane w charakterystycznym stylu z przełomu XIX i XX wieku, stworzonym przez Michała Elwiro Andriolliego. Pozostało ich jeszcze całkiem sporo, choć stan większości pozostawia wiele do życzenia.
 

Wyprawa rowerowa - Świdermajer


Chcieliśmy też skorzystać z Informacji Turystycznej (zlokalizowanej niedaleko dworca, choć trochę na uboczu), która bardzo nas rozczarowała. Nie było w niej zupełnie nic – żadnych map, folderów, przewodników, a nawet żywej duszy w postaci pracownika, który mógłby udzielić nam podstawowych informacji – jakby ktoś zakładał, że i tak żaden turysta tam nie zawita (co, być może, jest założeniem słusznym, gdyż podczas całego pobytu nie spotkaliśmy nikogo, kto by turystę przypominał).
 

Wyprawa rowerowa


Kolejnym rozczarowaniem było centrum miasta – zatłoczone, rozkopane, nieprzyjazne rowerzystom. Jak najszybciej wydostaliśmy się z niego, cofnęliśmy do Świdra i, szukając niebieskiego szlaku, przejechaliśmy przez strefę Świdermajerów – wyjątkowo zaniedbanych, popadających w ruinę. Znaleźliśmy szlak, ale dość szybko zniknął nam z oczu. Przedzierając się przez nieprzyjazne chaszcze, odnaleźliśmy go, już przy samej rzece Świder. Tu czekała nas miła niespodzianka. Droga wiodła wzdłuż rzeki, bardzo blisko stromego brzegu. Czuliśmy się tak, jakbyśmy nagle znaleźli się w dzikim lesie, z rzeką meandrującą po jednej, a gęstymi drzewami po drugiej stronie. Ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że nie ma na rzece kajakarzy, choć pogoda zdecydowanie sprzyjała.
 

wyprawa rowerowa - Świder


Po mniej więcej godzinie dotarliśmy niemal nad samą Wisłę, a potem do Karczewa. Odcinek łączący ujście Świdra i Karczew był dość nieciekawy, wiódł głównie drogą, w pewnym miejscu wzdłuż oczyszczalni ścieków (miejsce istotne na naszej trasie ze względu na to, iż wspomniany wcześniej dziadek uczestniczył w budowaniu oczyszczalni). W Karczewie, pod robiącym wrażenie wielkością (i kolorem) budynkiem Ośrodka Kultury urządziliśmy sobie krótką przerwę na drugie śniadanie, a potem ruszyliśmy Szlakiem Okrężnym w dalszą drogę.

Z Karczewa wyjechaliśmy w kierunku Śródborowa. Najpierw poruszaliśmy się drogą, by następnie wjechać w las, w którym po minięciu czarnego szlaku pieszego trafiliśmy na pozostałości kirkutu, cmentarza żydowskiego, gdzie na powierzchni ok. 1,7 ha znajduje się ok. 900 macew (nagrobków). Niestety cmentarz został zdewastowany w czasie II wojny światowej i nigdy nie doczekał się odbudowy.
 

Wyprawa rowerowa - cmentarz żydowski


2 km dalej znajduje się Rezerwat „Na Torfach”, z pięknym punktem widokowym na końcu drewnianego pomostu wychodzącego na jezioro. Mieliśmy szczęście i spotkaliśmy tam łabędzie z młodymi. W pobliżu zlokalizowana została Baza Edukacji Ekologicznej „Torfy”.
 

WYprawa rowerowa - rezerwat Torfy


Dalej kierowaliśmy się w stronę Śródborowa. Minęliśmy tam piękny Świdermajer, który okazał się być współczesną repliką domu w starym stylu. Jeszcze ok. 5 km jechaliśmy Szlakiem Okrężnym, który w tym miejscu był bardzo piaszczysty, co utrudniało jazdę. Dlatego też na koniec zboczyliśmy z niego, skracając sobie drogę szosą.

Późnym popołudniem dotarliśmy do naszej kwatery, trochę się ogarnęliśmy i wyruszyliśmy znów na pizzę, tym razem do centrum Otwocka.

Dzień trzeci
Świder – Otwock Wielki – Góra Kalwaria – Wilanów (51 km)


Nieuchronnie nadszedł ostatni dzień naszej wyprawy. Rano zapakowaliśmy sakwy, przymocowaliśmy je do rowerów i byliśmy gotowi, by wyruszyć w drogę. Czekał nas najdłuższy odcinek, za to ze znanym dobrze ostatnim fragmentem (Góra Kalwaria – Wilanów).

Jeszcze raz przejechaliśmy obok Świdermajerów, później koło zabytkowego ratusza i pięknie utrzymanej szkoły z parkiem (to też miejsce ze wspomnień dziadka naszych dzieci). Dotarliśmy do Soplicowa, w którym znajduje się Dworek Soplicówka, a w nim Muzeum Ziemi Otwockiej im. Michała Elwiro Andriollego (po II wojnie światowej znajdował się tam dom dziecka). Niestety Muzeum było zamknięte (już wznowiło działalność).
 

Wyprawa rowerowa - Soplicowo


Następnym punktem na naszej trasie, około 5 km od Muzeum (w kierunku na Celestynów, najpierw czerwonym, a potem czarnym szlakiem), były forty – Umocnienia Wojenne Linii Obronnej, tzw. Przedmościa Warszawy. Spotkaliśmy w nich ekipę rekonstruktorów w wojskowych strojach. Zajrzeliśmy do bunkrów – z góry i z dołu, a potem ruszyliśmy dalej. Przy drodze do Otwocka Wielkiego (szlak czerwony) minęliśmy Kamień Leśnika, upamiętniający akcję zalesiania w latach 1931-34, na którym widnieje napis: „Gdzie halizny i pustynia/Siać i sadzić zajgaje/Niech się ponas las zostanie/Pracy leśnej poszczęść Panie/Pamiątka roku 1931/34” (pisownia oryginalna).
 

Wyprawa rowerowa - bunkry


Opuściliśmy czerwony szlak i, korzystając z mapy, jechaliśmy dalej leśnymi drogami. Przecięliśmy drogę nr 801 Warszawa-Dęblin i przez miejscowość Ostrówiec (z drewnianymi domami z przełomu XIX i XX wieku – zupełnie innymi niż Świdermajery), a potem łąki, dotarliśmy do Pałacu Bielińskich, późnobarokowej siedziby magnackiej. Obecnie mieści się w nim Muzeum Wnętrz w Otwocku Wielkim, oddział Muzeum Narodowego w Warszawie, otwarte dla zwiedzających.
 

Wyprawa rowerowa - Otwock Wielki


Przez miejscowość Glinki zmierzaliśmy drogą (częściowo gruntową) w kierunku mostu w Górze Kalwarii. Pierwszy był most kolejowy, a niedaleko za nim most drogowy, do którego dotarliśmy wzdłuż Wisły. Dostanie się na most wiązało się z koniecznością pokonania – z rowerem pod pachą – bardzo stromych schodów z kilkudziesięcioma stopniami.
 

Wyprawa rowerowa - Góra Kalwaria


Ale i z tym wyzwaniem sobie poradziliśmy, by zaraz stanąć przed kolejnym – moim zdaniem największym w czasie całej wyprawy. Po zjeździe z mostu jest około stumetrowy odcinek drogi nr 50, łączącej Górę Kalwarię z Mińskiem Mazowieckim, którą jeden za drugim pędzą ogromne TIR-y. Nie ma wzdłuż niej ani ścieżki, ani nawet pobocza, co, podczas podróżowania z dziećmi na rowerach, jest bardzo niebezpieczne. Na szczęście nasze córki w takich sytuacjach stają na wysokości zadania i nie przychodzą im do głowy głupie pomysły, a na dodatek objawia się wprawa zdobyta podczas setek przejechanych kilometrów (w 2012 roku przejechaliśmy wspólnie ok. 1 tys. km).

Po wspięciu się pod pokrytą kocimi łbami górę, u podnóża której znajdują się Kaplica i Źródełko Św. Antoniego, znaleźliśmy się w miejscu dobrze nam znanym, w którym dwa tygodnie wcześniej skręcaliśmy w stronę Czerska. Zrobiliśmy sobie przerwę pod pomnikiem Marszałka Józefa Piłsudskiego, otoczonym przez biało czerwone wieńce, złożone z okazji rocznicy Cudu nad Wisłą.
 

Wyprawa rowerowa - Góra Kalwaria


Niebieskim Szlakiem Nadwiślańskim ruszyliśmy w stronę Warszawy. Jechaliśmy wzdłuż wałów wiślanych przyjemną drogą, na której samochody pojawiają się bardzo sporadycznie, później przez Obory do Konstancina, dalej, od Papierni, ścieżką rowerową do Bielawy, a następnie wzdłuż szosy pokonaliśmy odcinek do Powsina. Tam już wtopiliśmy się w rzesze rowerzystów, ze świadomością, że zostało nam tylko ok. 6,5 km do domu. Gdy podjechaliśmy pod bramę, na licznikach dziewczynek widniała liczba 141 km.

Tak intensywne trzy dni – w ciągłym ruchu, czasami w naprawdę trudnych warunkach piaszczystych podjazdów, zachęciły nas do podjęcia kolejnych wypraw. Jesienią mieliśmy okazję pedałować po szlakach na terenie powiatu Legionowskiego (w okolicach Somianki i Serocka ), teraz planujemy kolejne wiosenne wyprawy – do Puszczy Kampinoskiej, w okolice Celestynowa i do Chojnowskiego Parku Krajobrazowego. W wakacje chcielibyśmy przez dwa tygodnie poznawać z rowerowych siodełek jeden z regionów Niemiec – tak na poważnie – z namiotem, sakwami i przyczepką – tą, w której kilka lat temu woziliśmy dzieci, a teraz planujemy transportować bagaże.

tekst i fot. Ewa i Łukasz Świerżewscy

Korzystaliśmy z mapy: Mazowiecki Park Krajobrazowy, 1:40 000, wyd. Express Map
Nocowaliśmy w Pokojach Gościnnych, ul. Majowa 64, Otwock, tel . 22-779-70-65 lub 606-906-201
Strona Urzędu Miasta Otwock - http://www.otwock.pl/

Artykuł opublikowany w kwietniowym numerze magazynu Rowertour (http://www.rowertour.pl/)

Rowertour



rowertour

Opublikowano w: Rowery

Czytaj także

LOTTO Poland Bike Marathon: finał z rekordem w Wawrze

LOTTO Poland Bike Marathon 2013 na mecie z fantastycznym rekordem frekwencji. W warszawskim Wawrze został rozegrany dwunasty i zarazem ostatni etap piątego sezonu cyklu wyścigów amatorów jazdy na rowerach górskich, którego organizatorem jest Grzegorz Wajs. Frekwencja znakomita. Rekordowa liczba prawie tysiąca osób stanęła na starcie zawodów pod hasłem „Życie czeka” na terenie Instytutu „Pomnik - Centrum Zdrowia Dziecka” w Międzylesiu.

Rowerowa modowa rewolucja na głowie - Closca

Kask rowerowy podczas jazdy to dla części rowerzystów oczywistość, dla innych zaś dylemat, czy ten sportowy element pasuje do ubioru. Na polskim rynku dostępne są już modne kaski rowerowe hiszpańskiej firmy Closca™, które rozwiewają te wątpliwości. Teraz można wyglądać modnie jednocześnie chroniąc głowę. Dodatkowo kaski Closca™ są składane, dzięki czemu łatwo je przechowywać w biurze lub na uczelni.

Sezon rowerowy czas zacząć!

Atmosfera kolarskiego święta, brak ograniczeń, trasy dostosowane do zróżnicowanego poziomu uczestników - czyli Skandia Maraton Lang Team 2013. By do nas dołączyć - wystarczy rower i kask! Tu nie ma przegranych - można tylko wygrać! - Czasy się zmieniają, technologia idzie do przodu, rowery są szybsze i lżejsze, ale dreszczyk emocji na starcie pozostaje wciąż ten sam! - tak - zaangażowanie, miasta finału Skandii Maratonu, w organizację wyścigu, tłumaczy przedstawiciel Kwidzyna - Jan Kozłowski.

Na rowerze w Twierdzy, na pustyni i u Chopina

Nasze (moje i syna) wspólne podróże, te które budzą zachwyt i niecierpliwe oczekiwanie, na dobre rozpoczęły się w ubiegłym roku. Jeździliśmy wcześniej razem, ale to przed rokiem dostaliśmy od znajomego zapalonego rowerzysty namiary na grupy rowerowe podróżujące po województwie mazowieckim i nie tylko. I tak się to zaczęło. Trudno mi wybrać najlepszą, najciekawszą trasę, ale przedstawię tę, która wzbudziła największych zachwyt i wniosła wiele nowego w wychowanie mojego syna.

Puszcza Kozienicka na rowerach z dziećmi

Duży wybór szlaków rowerowych, mało piasku i nieźle oznakowane trasy, niewiele wzniesień, piękny las – to wszystko czeka rodziny chcące zwiedzić Puszczę Kozienicką na rowerach. Do minusów należy uboga infrastruktura turystyczna i brak typowych atrakcji dla dzieci.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

UWAGA! Ten serwis używa plików cookies i podobnych technologii. Brak zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na to. Więcej informacji o plikach cookies w dziale Regulamin.